Recenzja Call of Duty: Black Ops

Call of Duty: Black Ops jest siódmą częścią wyjątkowo popularnej i cenionej przez graczy serii. Tym razem za produkcję odpowiada studio Treyarch, które wcześniej stworzyło kilka gier z tego uniwersum*. Po raz pierwszy w serii Call of Duty gracz zostaje wrzucony w wir walki podczas zimnej wojny, która jak się przekonamy, była naprawdę gorąca.
(szczególnie w upalne dni w Wietnamie, kiedy z nieba spadał napalm 🛦).

Plusem recenzowanej części jest sposób prowadzenia fabuły. Po uruchomieniu gry, w interaktywnym menu, postać gracza jest przywiązana do krzesła elektrycznego i przesłuchiwana w zadymionym pokoju. Wokół niego ustawione są telewizory wyświetlające sekwencje fragmentów wydarzeń. Zniekształcony głos śledczego dobiegający z głośników stara się wydobyć z bohatera informacje o znaczeniu tajemniczego ciągu cyfr, który ma istotne znaczenie dla fabuły. Aby rozwikłać ten sekret, jesteśmy prowadzeni przez kolejne misje, będące retrospekcją życia Mansona - żołnierza do zadań specjalnych CIA. W przedstawione wydarzenia wplątany jest również jeden z bohaterów piątej części - Viktor Raznow. Ta postać będzie przewijać się przez całą grę i odegra w niej jedną z kluczowych ról.

  Pierwszą misją jest zabicie przywódcy Kuby, Fidela Castro, w celu obalenia prokomunistycznego reżimu na wyspie. Zadanie to ma miejsce podczas niesławnego desantu w Zatoce Świń, ale jak zobaczymy, nie wszystko przebiegło zgodnie z planem. Mimo przedarcia się do Willi El Presidente, zostaje zabity tylko sobowtór, a Manson zostaje schwytany podczas ewakuacji, a Kubańczycy przekazują pojmanego bohatera Rosjanom. Powyższe wydarzenia mają kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju fabuły. Naszym kolejnym zadaniem będzie uwolnienie się z niewoli, ponieważ trafiliśmy do kolonii karnej położonej na bezkresnych terenach ZSRR. Po brawurowej ucieczce tempo akcji nie zwalnia, a fabuła staje się coraz bardziej interesująca i zagmatwana. Przeskoki przez kolejne lata zimnej wojny oraz uczestnictwo w toczących się podczas jej trwania konfliktach pozwolą nam wziąć udział w różnorodnych i czasami egzotycznych misjach rozsianych po całym świecie. Będziemy przemierzać wietnamską dżunglę, zwiedzimy ulice oświetlone neonami, poprowadzimy różnorodne pojazdy, a to tylko niewielki skrawek ciekawych miejsc, które zaplanowali dla nas scenarzyści.

Pomimo powyższych zachwytów nad wciągającym klimatem opisywanej produkcji, trzeba wspomnieć o minusie, który może w niektórych sytuacjach wybić nas z „wczucia się” w przedstawione wydarzenia Minusem tym jest sztuczna inteligencja kompanów, jak i naszych przeciwników. Zaprzestając naciskać spust i przystając na chwilę spostrzeżemy, że postacie sterowne przez komputer, nie potrafią celnie strzelić do swoich oponentów. Mam wrażenie, że lepiej było to zrealizowane w Medal of Honor: Allied Assault** z 2002 roku.

Grę testowałem na konsoli Xbox 360 i muszę przyznać, że grafika nie jest najmocniejszym atutem tej produkcji. Nie znaczy to bynajmniej, że tytuł ten jest niedbale wykonany. Jednak w porównaniu do wydanego również w 2010 roku "Battlefield: Bad Company 2", oprawa wizualna prezentuje się wyraźnie gorzej. Tekstury nie są najwyższej rozdzielczości, a niekiedy wręcz "straszą". Autorzy jednak tym razem wykorzystali kolorowy filtr grafiki, co przyniosło grze korzyść, maskując trochę ten mankament (zastosowane barwy przypominają mi te zastosowane w "Assassin's Creed: Revelations" z 2011 roku). Wykorzystanie takiego stylu, mimo że jest to kolejna gra z serii na tym samym silniku, pozwoliło uzyskać pewien powiew świeżości w oprawie. Na plus można zaliczyć bogactwo detali niektórych odwiedzonych przez nas miejsc i filmowość akcji.

Na wyróżnienie zasługuje misja dziejąca się na Bajkonurze. Rozpoczynając zadanie przechodzimy przez wraki jakiś maszyn, otoczeni zwisającymi przewodami, gdy wyjdziemy na otwartą przestrzeń widzimy w oddali, na tle pomarańczowego nieba, przygotowania do startu olbrzymiej rakiety „Soyuz”. Nasze działania doprowadzają do zestrzelenia startującej rakiety, której resztki spadną w widowiskowy sposób na ziemię. Misja ta pokazuje, że scenarzyści i graficy, pomimo ograniczeń technologicznych, spisali się wyjątkowo dobrze. Trzeba zaznaczyć, że nie mamy tu tak otwartego sposobu poruszania się jak w przywołanym wyżej "Bad Company 2". W "Black Ops" raczej przemieszczamy się po pewnego rodzaju "korytarzach". Niemniej taka liniowość pozwoliła na zadbanie o szczegóły budujące atmosferę poszczególnych misji oraz na wysokie tempo wydarzeń.

Warto zaznaczyć, że gra działa w 60 FPS, co dla osób, które stawiają szybkość działania nad wodotryski graficzne, na pewno będzie na plus, w przeciwieństwie do 30 FPS w "Bad Company 2". Wysoka płynność gry idealnie współgra z dynamiczną akcją. Często zdarza się, że nasz protagonista musi walczyć z hordami przeciwników, a nad polem walki latają śmigłowce lub myśliwce. Na zakończenie tej części recenzji warto odnotować, że wersja na konsolę Xbox 360 działa płynniej i w większej rozdzielczości, niż ta na konkurencyjnym PlayStation 3.

Najmocniejszą stroną Black Ops jest według mnie multiplayer. Tu warto podkreślić, że wcześniejszą grą z serii w jaką grałem było Call of Duty 4. Nowa gra została mocno rozbudowana o dodatki, które uprzyjemniają zdobywanie następnych poziomów doświadczenia i wydłużają przyjemność czerpaną z rozgrywki. Teraz za mecz nie dostajemy samych punktów doświadczenia, ale również wirtualną gotówkę, za która możemy kupować rozmaite bronie, jak również ulepszenia do nich.

Jeśli chodzi o dostępne bronie, to arsenał jest naprawdę pokaźny i różnorodny. Mamy do dyspozycji, oprócz dobrze znanego AK-47 i skorpiona, wiele egzemplarzy bardziej egzotycznych broni. Jedną z nich jest kusza z wybuchającymi bełtami. Jest to broń, którą możemy posłać nawet kilku przeciwników na deski jednym celnym strzałem. Warty uwagi jest również PM63 Rak. Jest to niewielki, acz morderczy pistolet maszynowy, a co warto podkreślić, produkcji polskiej. Przy dodatkowym perku na szybsze strzelanie, broń ta wypluwa zabójczy deszcz ołowiu. Powracają również dobrze znane od 4 części "killstreaki". Nagrody te otrzymywane za serie zabójstw potrafią przyczynić się do zwycięstwa drużyny, która dobrze wykorzysta najmocniejsze nagrody. Moim faworytem, jeśli chodzi o nagrody za zabójstwa, jest kierowany zdalnie samochodzik z przyczepionym ładunkiem wybuchowym. Otrzymujemy go za dokonanie trzech "killi" i stanowi ciekawe urozmaicenie w rozgrywce.

Mapy dostępne w trybie multiplayer są różnorodne, i co najważniejsze, dobrze się na nich gra. Będziemy walczyć m.in. na nocnej mapie, przemierzając uliczki Hanoi, w wietnamskiej dżungli, a także w bazie na ośnieżonym szczycie góry. Ciekawą mapą jest również Nuke Town, która jest ucharakteryzowaną atrapą miasteczka przeznaczoną do testów broni atomowej, wypełnioną mieszkańcami - manekinami. Na tej niewielkiej mapie starcia są bardzo dynamiczne, a na zakończenie meczu widzimy w oddali olbrzymi wybuch. Mapa ta jest idealna do deathmatchu lub team deathmatch rozgrywanego lokalnie. Wartym odnotowania jest możliwość gry w dwie osoby na podzielonym ekranie w trybie online. Oprócz tego możemy również rozegrać mecze offline z botami, co jest fajnym sposobem na poznanie map i pogranie ze znajomymi, gdyż możemy grać przeciwko botom również z przyjaciółmi na split screenie :) W „Black Ops” pojawia się również wprowadzony w piątej części tryb zombie, który jest również dużo bardziej rozbudowany, a plansze są o wiele większe niż w poprzedniej części cyklu, wyprodukowanej przez Treyarch. Świetnie sprawdza się w grze ze znajomymi, jednak mi osobiście podoba się bardziej tradycyjny multiplayer.

Z trybów gry multiplayer najbardziej przypadł mi do gustu tryb Wojna Lądowa. Mapy rozgrywane są tu losowo według zasad Team Deathmatch lub Dominacji. Takie niekiedy naprzemienne zmienianie zasad zwycięstwa wprowadza do potyczek różnorodność. Jednak największym plusem tego trybu w mojej opinii jest zwiększona ilość graczy. W przeciwieństwie do standardowego Team Deathmatch i Dominacji, gdze na planszy ściera się do dwunastu graczy, w Wojnie Lądowej może uczestniczyć aż osiemnaście osób. Niepozorna zmiana zwiększająca liczbę zawodników o sześciu jednak znacząco zwiększa zaciętość starć.

Podsumowując, „Call of Duty: Black Ops” jest jedną z najlepszych gier dostępnych na Xboxa 360. Może nie jest to najładniejszy przedstawiciel swojego gatunku dostępny na konsolę siódmej generacji, jednak gameplay jest naprawdę godny polecenia. Mnogość opcji w trybie multiplayer, solidny single player z naprawdę dobrze opowiedzianą historią przykuwa do telewizora. Jeżeli jeszcze nie grałeś w tę część, polecam!

 (Warto nadmienić, że jeszcze w 2019 roku "sporo" osób grało na xbox live)

*Uznawanych za gorsze od tych wyprodukowane przez Infinity Ward 

** Vince Zampella i Jason West pracowali przy Medal of Honor: AA, a po premierze tego tytułu byli współzałożycielami Infiniti Ward, które już w 2003 roku wydało pierwsze Call of Duty.


Galeria :)